|
Archiwum
Ostatnie wpisy
|
wtorek, 20 listopada 2007
nowy
nowy nazywa sie po prostu nowy - moze mi wpadnie do glowy jakas elegancka nazwa, to moze zmienie, adres tez jest prosty www.dukla1.blox.pl jak ktos ma ochote poczytac moje wynurzenia to serdecznie zapraszam ;)
środa, 10 października 2007
zegnaj smutku
chyba wszyscy - wszystkie zauwazyly, ze ostatnio cos mi nie szlo pisanie - moge powiedziec, ze zmianilam calkowicie swoje zycie - moze za wczesnie na takie deklaracje i konstatacje - w kazdym razie - zaden z elementow, ktore skladaly sie na dotychczasowa ukladanke, na moje smutne puzzle nie istnieje juz. To stwierdzenie z punktu widzenia kogos, kto jest dla siebie pepkiem swiata - albo dziecka, ktore mysli, ze to co zniknelo mu z oczu nie istnieje - w kazdym razi nie mieszkam juz w domu, ktory ostatnio byl smutny, z czlowiekiem, ktory tez byl ostatnio smutny i zly, nie chodze juz do pracy, ktora byla zbyt spokojna i zbyt zimna. Oczywiscie zmieniajac otoczenie - zmieniamy tylko zewnetrze, a nie jest powiedziane, ze wnetrze nie pozostaje takie samo - ze to zbyt powierzchowne stwierdzenie - ze sie zmienilo zycie, jak przewiozlo sie tylko rzeczy z miejsca na miejsce.... ale dla mnie to duzy krok. I na razie pisanie w tej formie jak tutaj, ktore bylo dla mnie lekiem na te sytuacje musi sie zmienic - takze dlatego, ze nie mam stalego dostepu do sieci i sprzetu. Dziekuje wszystkim Wam - kochane moje Czytelniczki - za Wasze cieplo i otwarcie i za Wasze madre rady. Na pewno bede odwiedzac Wasze strony i czytac, co u Was - tak, ze nie jest to prawdziwe pozegnanie. Po prostu przeprowadzka - etap przejsciowy - na pewno wysle Wam nowy adres. Calusy **** :)
wtorek, 11 września 2007
rodzinne skrytpty
mój ojciec i mój jeszczechłopak mają mnóstwo wspólnych cech i odnoszą się do mnie też podobnie - smutne to - jak bardzo nie mogę/mogłam wyjść poza to. Wydawało mi się, że wybieram coś zupełnie innego, a wróciłam do kłótni i awantur i rozbitych kieliszków, krzyków. Każda próba wypowiedzenia zdania innego niż ich - od najbłahszej dyskusji o filmie po życiowe kwestie to dla nich próba walki - konieczność manifestowania swojej tożsamości, autonomii w "postawieniu na swoim". Oczekiwanie na to, że "będę miła" - na "bycie niemiłą" można łatwo zasłużyć mówiąc "a ja myślę o tym trochę inaczej"itp, itd - nie chce mi się wyliczać tego wszystkiego - dlatego tak strasznie uważam na to, co mówię - zastanawiam się - jak to może zostać odebrane, czy kogoś nie urazi - czy ktoś nie pomyśli sobie czegoś, że jest atakowany - czy nie jestem zbyt ekspansywna. Jeśli zna się reguły gry, to można tak żyć - nawet spokojnie - jeśli postępuje się zgodnie z oczekiwaniami - i się je spełnia. Dotarło do mnie w końcu, że nic się w tej sprawie nie zmieni - nic nie nastąpi samo z siebie - nikt nie dozna z dnia na dzień oświecenia i nie zacznie się zachowywać normalnie. Mogę zająć się sobą.
sobota, 01 września 2007
stres jest nudny
no może nie dosłownie - może po prostu nużący - od jakiegoś czasu próbuję go opanować - taki stres przed ważną rozmową, decyzją, przed spotkaniem i znalezieniem się w nowej sytuacji, przed koniecznością powiedzenia głośno nie - niepopularnego poglądu czy pomysłu. Umiem to wszystko zrobić, co powyżej, jak przychodzi co do czego to nie uciekam z krzykiem, w sytuacji, która w końcu następuje - a nie jest oczekiwaniem i nakręcaniem się odzyskuję siebie - więc jak ominąć te nerwy czekając przed zamkniętymi drzwiami - na umówioną godzinę. To tak naprawdę jest "lęk przed nieznaną sytuacją"? - przed nieznanym samym w sobie chyba nie. Wierzę, że sobie poradzę - jednak nie mogę przeskoczyć (na razie) sama siebie i przestać produkować róznych scenariuszy przed samym faktem - potem po prostu odnajduję się w danej sytuacji - wiem, co mam zrobić w konkretnych warunkach - w tym pokoju, naprzeciwko tej a nie innej osoby. Podczas egzaminu na dziennikarstwo spytano mnie, jak napisałabym reportaż o tym dniu - powiedziałam, że jako jedyna przyszlam w dzinsach i właśnie o tych drzwiach zamkniętych, za którymi siedzą bezkształtne istoty - że dlatego chcę pisać o faktach, a nie o swoich wyobrażeniach. Pamiętam też maturę pisemną z historii - plan pracy napisany - wiem, co chcę zrobić - tylko trzeba to jeszcze mozolnie opisać - poszpikowaćfaktami i datami i że jeszcze tyle godzin - nuda - po co było się tak denerwować? Po co? Nie wiem - ale jak w takim razie wyeliminować te niepotrzebne zżerające mnie emocje? Nie mówię o stresie lekkiej ekscytacji przed nieznanym, kiedy ciekawośc jest silniejsza od nerwów i tak naprawdę dodaje sił.
piątek, 24 sierpnia 2007
czucie i szkiełko
Powiem tak: jestem ostatnią osobą, która zapytałaby Was o znak zodiaku, która wieszczyłaby nieszczęście z powody przechodzącego kota, baby z wiadrami, czy patrzyłaby na Was z politowaniem i zaczęła się żegnać zobaczywszy, że przechodzicie pod rozstawioną drabiną czy innym słupem wysokiego napięcia. Absolutnie nie wierzę w magię sympatyczną i przysiadanie po powrocie po zapomniany przedmiot - obce mi są podkowy i wiara w amulety - szczerze nie znoszę wszelkiego new age'u Ostatnimi czasy złożyło się tak, że zostałam poddana analizie przez tzw. wróżkę i fachowego psychologa pracy. Nie miało to ze sobą nic wspólnego. Pierwsze wydarzenie miało miejsce w luźnej atmosferze wakacji - "a Tobie dziewczynko powróżyć?" - spytała pani, którą pierwszy raz na oczy widziałam, z którą nie miałam wspólnych znajomych, a która uchodzi za najlepszą wróżkę w pewnym rejonie Polski, jak się okazało*. Drugie związane było z rekrutację (nieudaną zresztą) na superhiper stanowisko. Powiem tyle -nie wdając się w szczegóły, że obie kobiety jedna na podstawie nie wiem czego - druga na podstawie bardzowielopytaniowego testu stwierdziły to samo.** I ja na ile siebie znam - uważam te przypuszczenia/diagnozy za prawdziwe. Albo to był przypadek - albo nie. * że w ogóle dlaczego po tych deklaracjach chciałam z tą panią rozmawiać - cóż źródłem wielu moich niepowodzeń i powodzeń jest zwykła ciekawość "jak to jest, jak to wygląda z bliska". ** nie wdając się w szczegóły np. "że jestem swoim największym krytykiem".
środa, 22 sierpnia 2007
zobaczymy
to słowo, które ostatnio mówię najczęściej, a jak tak pomyśleć - to nie ma żadnego "my". a takie słowa - wytrychy to nie wiem skąd się biorą. Zobaczymy, jak to będzie - tzn. nic nie mogę na razie powiedzieć, bo dopiero się okaże - tak?
poniedziałek, 20 sierpnia 2007
najlepszy dzień
ostatnio miał miejsce 14 sierpnia -(kiedy byłam na urlopie w mieszkaniu moich rodziców, którzy z kolei byli na urlopie zupełnie gdzie indziej) zaczął się obejrzeniem powtórkowego programu o urządzaniu wnętrz na bbc prime, a potem składał się ze śniadania z grzankami, lektury Przygód Sindbada Żeglarza, Bolesława Leśmiana ("jaka pogoda, pomimo pogody zwiastuje klęski, nieszczęścia i szkody?" - odp - cisza morska - o czym mogliśmy przekonać się z kolei w niedzielę unoszeni na wodzie, dryfujący cieniem fali). Za potwierdzenie, że był to dobry dzień niech posłuzy fakt, że losując z półki płytę natrafiłam na "Okręt Sindbada" Rimskiego-Korsakowa - co utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że wszystko się zaczyna układać i pasować do siebie - jak się za bardzo nie starasz i za bardzo nie chcesz - a wierzysz, że będzie dobrze i ta wiara jest choćby jak ziarnko gorczycy, ale prawdziwa przynajmniej. Potem zrobiłam sobie kurę prawie po chińsku - i siedziałam na balkonie w słońcu i przeszłam się kawałek i wróciłam do domu nakarmić kota i zjeść lody tiramisu - kot nie chciał wcale. I bardzo się dużo śmiałam, potem jak już moja siostra wróciła z pracy, bo tak to cały dzień spędziłam sama. Za półtora miesiąca wyprowadzam się i jestem przerażona, choć równie ciekawa i podniecona jak przed jazdą rollercoasterem. Co jest niby moim marzeniem -bo fajnie wygląda - ale jak siedzisz w środku to już nie można zrezygnować - choćby to nie było tak przyjemne, jak się wydawało. To się nazywa weryfikacja marzeń z rzeczywistością i .... kończy się różnie (z tego, co wiem). Work, work, work*
uważam, ze do osiągnięcia sukcesu potrzebne oczywiście są zdolności i tzw. talenta - ale jak oczywiście wiadomo same one nie wystarczą - niektórzy stawiają na pracę - ok - ja obserwując rózne ludzkie historie rzekłabym, że kluczowa jest tutaj osobowość. Sama praca nie wystarcza - mam koleżankę - przyjaciółkę nawet powiedziałabym - piekielnie zdolna i pracowita - świetne grafiki i ilustracje - ale całkowicie pozbawiona wiary w siebie - niepewna i przestraszona taka. Na swoim przykładzie mogę dodać, że w dniu publikacji mojego opowiadania poszłam do szkoły blada ze strachu i stwierdziłam, że nie przeżyję tego jeszcze raz -potem cieszyłam się, że kolejne umieszczono w jakimś niszowym litereackim czasopiśmie. O co tu chodzi - o kompletną niepewnośc siebie i brak odwagi, żeby wziąć odpowiedzialnośc za swoje słowa podpisane imieniem i nazwiskiem? Strasznie mi z tą moją osobowością źle. *jak powiedział Andy Warhol
środa, 01 sierpnia 2007
mój ruch
"To cena wykorzenienia. Choroba lokomocyjna. Jedynym lekarstwem jest ciągły ruch" Mr. Ściemniacz w "Anioły w Ameryce", Tony Kushnera Zgadza się - nie mogę stać w miejscu - bezruch to porażka. Dołuje mnie IKEA, bo nie mam miejsca, w które mogłabym zwieźć te "cudeńka" i zacząć się okopywać. W autobusie powrotnym patrzę na chłopaka przede mną - ozdobne litery - jak majuskuły ze starych księg układają się na jego łydce w nazwę "Bemowo". Co ja bym sobie wytatuowała - nie wiem. Nie wiem skąd przychodzę, nie wspominając już o dalszym ciągu wyliczanki. "dyskusje"
denerwuje mnie brak samodzielnego myślenia i upolitycznienie wszystkiego - włącznie z historią na czele - np. dziś 1 sierpnia - denerwuje mnie, że modne jest mówienie, że powstanie nie miało sensu tylko dlatego, że Kaczyńscy uważają odwrotnie. To są dwie różne sprawy: dyskusja o zasadności powstania prowadzona w świetle analiz historycznych faktów a nieznajomość swojej historii, tylko po to, by być w opozycji do zwróconego w przeszłość rządu. Ta pierwsza jest bardzo ciekawa i potrzebna - ta druga pokazuje, że i ignorancja może być polityczną manifestacją. Właściwie dotyczy to każdej dziedziny zycia: tak, ja też nie znoszę Kaczyńskich - nigdy mi w głowie nie postało, żeby na nich głosować - w poniedziałki po wyborczych niedzielach budziłam się z kacem - moralnym, z obawami, które niestety się potwierdziły. przestałam już oglądać tv, rzadko czytam gazety - ale nie da się, niestety od tego uciec. Historia to nie jest coś papierowego, w co jutro zawinie się zakupy - jak w starą gazetę, a czym niestety wydaje się być z persepktywy kolejnych akademii - historia to coś więcej niż kolejne rządy z różną jej interpretacją. Nie można utożsamiać jej z rządzącą opcją i pozwolić sobie ją odebrać małym ludziom. Mówiąc krótko: poczytaj, zastanów się - dowiedz się czegoś - wyrób sobie swoje WŁASNE zdanie. |